Kiedyś, praktycznie każdy nieco bardziej zaawansowany kompakt posiadał tryb makro. W moim starym coolpixie również posiadałem taki tryb, który pozwalał zbliżyć obiektyw aparatu do fotografowanego przedmiotu na naprawdę niewielką odległość. Potem, z czasem (tak dokładnie to miesiąc temu - lepiej późno niż wcale) nauczyłem się, że makro to nie tylko trzymanie szkła milimetr od obiektu, ale przede wszystkim skala odwzorowania. Tak czy inaczej, wraz z ponownym zainteresowaniem się tematem zdjęć makro wróciła chęć na wykonywanie takich ujęć. Niestety, o ile aparaty kompaktowe dzięki odpowiednim trybom radziły sobie z takimi amatorskimi fotografiami bardzo przyjemnie, o tyle lustra bez odpowiednich szkieł będą usilnie starały się robić problemy. Pierwszą rzeczą, jaką się więc zainteresowałem, był oczywiście obiektyw makro. Mój zapał został jednak ostudzony jeszcze szybciej, niż się zaczął. Ceny są wyjęte z... no z nieprzyjemnego miejsca. Zacząłem szukać tańszych alternatyw w postaci starych obiektywów Nikona, całkowicie manualnych. Tutaj ceny zdawały się o niebo przyjemniejsze, tyle tylko, że mój aparat nie jest wstanie ich obsłużyć - po prostu nie da się go zapiąć z powodu wystającego elementu (prawdopodobnie popychacza przysłony) w obiektywie. Kolejnym pomysłem, było kupno przejściówki na gwint M42 i dokupienie jakiegoś starego obiektywu makro. Ta myśl wydawała mi się najlepsza przez długi czas, czyli jakieś pół godziny (wszystko działo się jednego dnia), dopóki nie przypomniałem sobie o magicznym przedmiocie zwanym pierścienie pośrednie.